Ludzie IT
Jerzy Tomasz Bielec, dyrektor Biura Informatyki w PKN Orlen - Poszukiwacz złota
Jerzy Tomasz Bielec, dyrektor Biura Informatyki w PKN Orlen |
 |
PKN ORLEN to największe polskie przedsiębiorstwo, z planami strategicznymi sięgającymi daleko poza granice kraju. Skomplikowaną strukturą firmy pomaga zarządzać system SAP, wdrażany i unowocześniany od 1996 roku, a systemem SAP zarządza Jerzy Tomasz Bielec.
Firma zaczęła wdrażać system SAP w 1996 r., jeszcze jako Petrochemia Płock. Zaczęło się od finansów, po połączeniu z CPN w 1999 r. wprowadzono elementy Detalu, w roku ubiegłym wdrożono PM, BW oraz EBP. System pomaga firmie w realizacji ambitnych planów rozwoju.
Teraz przyszedł czas na wersję SAP for Oil&Gas i SAP for Retail, przeznaczoną dla tego typu przedsiębiorstw. Skomplikowany, złożony i duży, bo obejmujący całą korporację projekt - wymagać będzie koordynacji przez odpowiedniego fachowca, którego wiedza i doświadczenie gwarantują sukces. Szefem Biura IT w Orlenie jest niebanalny informatyk - Jerzy Tomasz Bielec.
Jego Biuro zatrudnia 104 osoby, dbające o systemy informatyczne w centrali koncernu i jego oddziałach regionalnych. Jerzy Bielec do firmy trafił pod koniec ubiegłego roku, kiedy realizowano już kolejny etap implementacji SAP. Ale jego związki z rozwiązaniami SAP zaczęły się wcześniej.
Przygoda z Pepsico.
Kiedy Jerzy Bielec był szefem informatyki w PepsiCo International, firma pracowała na licznych własnych systemach, dorabianych w miarę czasu i potrzeb.
- Takie podejście stawało się jednak coraz bardziej uciążliwe i w 1998 roku zdecydowaliśmy, że potrzeba nam systemu zintegrowanego. Po przyjrzeniu się ofertom rynkowym wybraliśmy SAP, który miał wspomagać wszystkie oddziały PepsiCo International - opowiada.
Przed implementacją w Polsce rozwiązania SAP miał już wtedy węgierski oddział koncernu. Jerzy Bielec pojechał do Budapesztu przyjrzeć się tamtejszym rozwiązaniom. Wrócił z przekonaniem, że tak wdrożenia robić nie należy. Kiedy został szefem projektu, wiedział już, czego unikać.
System wdrażano od razu we wszystkich obszarach, dla gruntownego zweryfikowania jego stabilności. Tylko najbardziej newralgiczny obszar - sprzedaż - ruszył jeden miesiąc później. Rozpoczęto 1 stycznia 2000 r., skończono piętnaście miesięcy później.
- Mieliśmy prawo być dumni - uważa Jerzy Bielec. - Wdrożenie jest wtedy udane, kiedy po tygodniu od startu po firmie nie kręcą się już konsultanci. Tak było u nas.
Wkrótce potem za wdrożenie systemu SAP zabrał się czeski oddział Pepsi. Szefowie IT w HQ w Budapeszcie nie chcieli pomocy Polaków, mieli ambicję poradzić sobie sami. Ale po wdrożeniu czescy menedżerowie i użytkownicy końcowi byli niezadowoleni i poprosili Jerzego Bielca o zbadanie sprawy. Jego raport był bardzo krytyczny, bo popełniono sporo błędów. W tej sytuacji Jerzy Bielec otrzymał zadanie: "jedź do Pragi i ratuj sytuację". Misja trwała 4 miesiące i skończyła się powodzeniem.
- Po tych doświadczeniach mogę powiedzieć, że dobrze znam SAP-a i jego filozofię, choć szczegóły zostawiałem zawsze mojemu zespołowi (miałem szczęście pracować z doskonałymi ludźmi), i konsultantom - podsumowuje.
Więzień systemu.
Mówi o sobie, że jest w równym stopniu humanistą, co inżynierem. W szkole średniej myślał o studiowaniu matematyki. Kiedy jednak spotkał ciekawie opowiadającego o swoim kierunku studenta odlewnictwa, też zdecydował się zdawać na krakowską AGH.
Uważa, że były to dobre i ciekawe studia. Zanosiło się zresztą, że z uczelnią zwiąże go praca naukowa. Kiedy jednak decyzja uczelni o powierzeniu mu asystentury nieco się przeciągała, z wrodzonej przekory spakował walizkę i wyjechał do fabryki traktorów w Ursusie. Dostał pracę w centralnym laboratorium odlewniczym. To był rok 1978.
Podczas Polskiego Sierpnia włączył się z pełnym przekonaniem w Solidarność. W stanie wojennym trafił za to do Białołęki. Poznał tam wielu wspaniałych ludzi.
- Już pierwszego dnia posadzili mnie w celi z profesorem Geremkiem, a naszym sąsiadem z naprzeciwka był Adam Michnik - opowiada. - Nadal jestem człowiekiem Solidarności, choć w wielu sprawach nie zgadzam z liderami dzisiejszego Związku. Ale jestem przekonany, że bez tamtego zrywu nie byłoby dziś wolnej Polski.
W sierpniu 1982 roku władza wypuściła go z sugestią, że byłoby miło, gdyby wyjechał z kraju. Jak wielu innych dostał wilczy bilet. Tak na 10 lat trafił do USA.
W poszukiwaniu Eldorado.
Ponieważ skończył w Polsce podyplomowe studia z fizykochemicznych metod analiz chemicznych, zaproponowano mu pracę w największej amerykańskiej kopalni złota. Zaczął jako chemik w centralnym laboratorium metalurgicznym na wschodnim wybrzeżu. Później przeniesiono go do Nevady, gdzie sam został jednym z szefów laboratoriów.
Specjalizował się w ogniowych metodach analiz złota. W praktyce oznaczało to badania niezliczonych próbek piachu i ziemi w poszukiwaniu cennego pierwiastka. Zarząd kopalni był zadowolony z niego, a on ze swojej pracy i warunków życia.
W połowie lat 80. zaczęto komputeryzować laboratoria. Jerzy Bielec został biznesowym szefem projektu. - Kiedy informatycy przywieźli dostosowane dla potrzeb laboratoriów oprogramowanie i sprzęt, załamałem ręce - wspomina. - Siadłem nad tym i zrobiłem listę 220 błędów.
Jeden z prezesów i szef informatyki powiedział mu wtedy: "Skoro jesteś taki mądry, zrób to lepiej".
- Jako dumny facet i Polak stwierdziłem krótko: "Nie ma sprawy". Razem z informatykami z nowojorskiej centrali firmy zaczęliśmy pisać program od nowa - wspomina.
Praca nad dostosowaniem systemu do rzeczywistych potrzeb laboratoriów trwała rok.
- Wiele wymagam od swoich współpracowników, ale jeszcze więcej od siebie. Dlatego była to ciężka harówka, a przy tym wspaniała szkoła informatyki. Wtedy zaczęła się moja fascynacja tą dziedziną biznesu.
Skończył w Stanach wiele kursów informatycznych. Komputeryzacja biznesu wchodziła wówczas w fazę rozkwitu. - Byłem przy tym, widziałem jak to rośnie, zmienia się w oczach, jak po dwóch latach staje się przestarzałe, jak wchodzi nowe - opowiada. - Odtąd informatyka jest moim żywiołem.
Jerzy Bielec podkreśla, że nie traktuje informatyki jako dziedziny samej w sobie. Nieustannie akcentuje jej usługową rolę w biznesie.
Wtedy, w kopalni, praca zespołu kierowanego przez Jerzego Bielca zakończyła się sukcesem. Kolejnym ważnym etapem informatyzacji była pełna automatyzacja prac laboratoryjnych z włączeniem w nie robotów.
Powrót do domu.
W ostatnim roku pobytu w USA Jerzy Bielec był już szefem informatyki w sześciu kompaniach należących do koncernu. Szczególnie interesowała go sfera współpracy z użytkownikiem, ale odpowiadał za wszystkie urządzenia w kopalniach, którymi sterował choćby najmniejszy procesor.
U szczytu swojej amerykańskiej kariery, w 1992 roku, zdecydował się wrócić do Polski. Dlaczego? - Zmarła wtedy moja młoda przyjaciółka. To mnie skłoniło do przewartościowania swojego życia - tłumaczy. - Zacząłem się zastanawiać, czego chcę i dokąd zmierzam. Chciałem wracać.
Przyjechał do kraju na urlop i żeby się rozejrzeć za pracą. Wcale nie było łatwo. Na początku transformacji brakowało jeszcze pracy dla fachowców z jego kwalifikacjami. Aż trafił na ogłoszenie PepsiCo. Wrócił na krótko do Stanów, wziął referencje, sprzedał dom i przyjechał budować od początku system informatyczny w polskim oddziale amerykańskiego koncernu. Równolegle kierował działem rozliczeń, zgodnie z wyznawaną zasadą, że informatyka musi służyć biznesowi.
- Zetknąłem się w Polsce z zupełnie nowymi problemami - opowiada. - Przede wszystkim z potworną biurokracją, z koniecznością "załatwiania" tego, za co i tak trzeba zapłacić. Telekomunikacja na przykład robiła łaskę podciągając łącza, co w Stanach było nie do pomyślenia.
Droga do ORLENU.
Mimo takich trudności pionierski okres w PepsiCo Jerzy Bielec wspomina z sentymentem. Firma w Polsce stale się rozwijała, pod koniec jego pracy miała już 21 lokalizacji z jednym centralnym systemem informatycznym. Ponadto ewoluowała jej struktura biznesowa, co stwarzało dodatkowe wyzwania.
- Zawsze kierowałem się zasadą, która wypracowałem w USA: informatyka jest dla ludzi, a nie odwrotnie - podkreśla. - Informatycy mają skłonność do lekceważenia końcowych użytkowników, którzy nie rozumieją, jak to wszystko działa. Dla informatyków ta niewiedza jest wystarczającym powodem, żeby uważać się za kastę wybranych. Dlatego zawsze staram się uczyć swoich współpracowników odmiennego podejścia.
Jerzy Bielec pracował w PepsiCo 10 lat. - Zawsze pracowałem dla wspaniałych i przede wszystkim mądrych ludzi, wiele się od nich nauczyłem. Wyjątkiem był ostatni rok. Trudno jest pracować dla głupszych od siebie, marnować czas. Wspólnie uznaliśmy, że pora się rozstać - mówi.
Zresztą, to był odpowiedni moment na poszukiwanie nowych wyzwań. Został dyrektorem informatyki w Office Depot.
- Spodobał mi się szef tej firmy. Lubię pracować dla ciekawych, inspirujących ludzi - tłumaczy motywy swojego wyboru.
A jednak Jerzy Bielec odszedł z Office Depot po dwóch miesiącach, by przyjąć ofertę PKN ORLEN. - Do dziś mam gnębiące wyrzuty sumienia - tłumaczy. - Ale obiecałem kiedyś prezesowi Zbigniewowi Wróblowi, z którym współpracowałem w PepsiCo, że jeśli będzie mnie potrzebował, to stawię się na jego wezwanie. I kiedy je otrzymałem, biłem się z myślami. W Office Depot miałem znakomitych współpracowników, świetnie się wśród nich czułem, a przede wszystkim pracowałem tak krótko. Po tygodniu ciężkich rozterek poszedłem do szefa firmy i przedstawiłem swój problem. Zrozumiał, za co jestem mu bardzo wdzięczny. Pomogłem im znaleźć swojego następcę.
Kolejne wyzwanie.
Czym różni się praca w ORLENIE od poprzednich doświadczeń?
- Samych użytkowników SAP-a jest tu więcej niż wszystkich pracowników PepsiCo w Polsce - odpowiada Jerzy Bielec. - Ale poza skalą najbardziej mnie ekscytuje, że mam szansę uczestniczyć w realizacji niezwykle ambitnych planów prezesa tak dużego koncernu. Zbigniew Wróbel chce stworzyć silny, nowoczesny koncern paliwowy i ta wizja porywa nie tylko mnie.
Zdaniem Jerzego Bielca informatyka to układ nerwowy biznesu. Jej współczesne funkcje to bezpieczeństwo danych, zarządzanie wartością i oszczędność kosztów. To procesy newralgiczne dla każdej firmy.
- Jakim jestem szefem? Wiem, że niełatwym. Ale lubię pracować z ludźmi, tworzyć im możliwości rozwoju, obserwować, jak się tworzy zespół, czyli coś więcej niż suma umiejętności jego członków.
Ważna dewiza? - Siedząc w Białołęce zapisałem w kalendarzyku słowa Antoniego Słonimskiego: "Gdy nie wiem, co robić, na wszelki wypadek próbuję zachować się przyzwoicie". Mam ten kalendarzyk do dziś, a o tych słowach staram się zawsze pamiętać. I ciągle szukam nowych wyzwań. To one nadają sens naszemu życiu.